Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczucia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczucia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 marca 2011

"Kwiaty od Artiego" Bridget Asher

Nie wierzę niestety w kobiecą przyjaźń do tak zwanej grobowej deski. Powinowactwo kobiecych dusz to dla mnie jak baśń z tysiąca i jednej nocy. Telefony po 24 w celu opłakiwania odejścia "kochasia w siną dal" to jak opowiadanie science-fiction w odcinkach. A jednak mimo wszystkich wymienionych wyżej zastrzeżeń bardzo dobrze czytało mi się tę książkę. I nie odebrałam jej bynajmniej jako kompletnego bajdurzenia i oderwanej od rzeczywistości typowo kobiecej (co oznacza w tym wypadku banalnej) historyjki, lecz jako prawdziwą historię. Kawałek życia: odrobinę słodki, z lekko kwaśnym posmakiem i dominującą goryczą. "Kwiaty" to opowieść o niejakiej Lucy, niegdyś żonie prawie idealnego mężczyzny Artiego Shoremana. Ten w zasadzie ideał rozpieszcza swoją kobietę, codziennie przysyła jej kwiaty i w krótkich liścikach po raz tysięczny tłumaczy jej, dlaczego ją kocha. Prawda, że to wspaniałe? Tak wspaniałe, że aż... niemożliwe. Ten bajeczny męski egzemplarz ma jedną skazę, widoczną tylko w odpowiednim oświetleniu - nie potrafi żyć z jedną kobietą. Swą wspaniałością chce obdzielać wiele kobiet, całe mnóstwo, każdą, która stanie na jego drodze i wzbudzi jego zainteresowanie. Zdrady rzecz jasna wyłażą na jaskrawe dzienne światło i pokazują swoje szponiaste pazury... Niestety prawie idealny mężczyzna nie czuje bynajmniej skruchy i nie chce posypywać głowy popiołem... Jednak Lucy (to takie typowo kobiece) chce mnie mieć monopol na Artiego i jego uczucie, dlatego... decyduje się na rozwód.
I tu w zasadzie zaczyna się właściwa historia. Los uśmiecha się krzywo i ironicznie - okazuje się, że ideał jest śmiertelnie chory i nie ma nikogo, kto chciałby się nim zaopiekować. Była żona po długim wahaniu podejmuje się tego, ale wpada na szatański pomysł. Z założenia ma to być rodzaj słodkiej zemsty: powiadamia wszystkie byłe Artiego o jego bliskiej śmierci i zaprasza do czuwania przy łożu boleści. W książce zaczynają się pojawiać całe tabuny byłych kochanek, przyjaciółek, powiernic itp. Każda z nich to w zasadzie osobna historia... Nie one są jednak najciekawsze, ale postać najbardziej zranionej i oszukanej czyli Lucy. Dzięki swoistemu poczuciu humoru, cierpkiej ironii i odwadze w uświadamianiu sobie własnych uczuć główna bohaterka staje się tak bardzo nieamerykańska i prawdziwa. I to o niej tak naprawdę jest ta historia. Trochę też o pogodzeniu się ze zdradą, śmiercią i innymi bolesnymi sprawami, które nikogo z nas nie omijają. Trochę o babskiej przyjaźni i ludzkiej codziennej dobroci, której ostatnimi czasy tak bardzo się wstydzimy, a równocześnie dotkliwie za nią tęsknimy.
"Kwiaty od Artiego" nie są bardzo ambitną książką, zalatują odrobiną babskiego czytadła. Jednak mimo wszystko nie szkoda na nią czasu. Polecam szczególnie kobietom.

poniedziałek, 7 lutego 2011

"Zeszyty don Rigoberta" Mario Vargas Llosa

Po tę książkę na fali trendu i mody ustawiła się już długa kolejka w mojej znajomej bibliotece. Przynaglona i przyciśnięta do ściany przez komitet kolejkowy przystępuję do pisania bardzo subiektywnej recenzji.
Pierwsze wrażenie po jej przeczytaniu to podziw dla siły męskiej fascynacji. Z powieści Llosy wynika bowiem niezbicie, że kiedy mężczyzna trafi na tę właściwą i jedyną, kiedy tęskni i pożąda, to zaczyna tworzyć nowy fantasmagoryczny świat erotycznych i wyuzdanych marzeń, których nie tamują ani świętoszkowate poczucie przyzwoitości, ani fałszywy wstyd...
Na co dzień ów mężczyzna jest prawie nikim. Ot mało przystojny, odrobinę pokurczony specjalista od ubezpieczeń. Z wielkim nosem i uszami podobnymi do wachlarzy, zwykle niezbyt błyskotliwy i pozbawiony poczucia humoru. Za to moc jego wyobraźni erotycznej jest wprost nieograniczona. I tak skrajnie różna od tego, co mieści się w statystycznej, pozbawionej finezji i polotu ograniczającej kobietę męskiej fantazji, złożonej zazwyczaj z kilku prostych elementów i serii ruchów posuwisto-zwrotnych. Scenariusze, które tworzy Rigoberto są jak erotyczny migający kalejdoskop - kolorowe, odurzające i dopracowane w każdym szczególe z rozbudowaną scenografią. Ich główną bohaterką jest upragniona i wytęskniona żona. Małżonkowie rozstali się, po tym jak Fonsito - pasierb uwiódł Lukrecję (czytaj w "Pochwale macochy"). Mieszkają kilka ulic od siebie, usychają z tęsknoty i ... nie są w stanie do siebie wrócić. Dopiero koronkowa intryga uknuta przez pasierba pozwala im ponownie się zbliżyć.
Po lekturze książki Llosy niektórzy pewnie będą pluć z obrzydzeniem i określać głównego bohatera mianem starego, śliniącego się satyra, a jego żonę nazwą jeszcze mocniejszym epitetem. Jeśli w ogóle doczytają powieść do końca... Ale moc wyobraźni tego satyra jest silniejsza niż u większości z nas. Kobieta z jego fantazji jest pozbawiona zahamowań, otwarta, bezpruderyjna i wyzwolona. Kocha swojego mężczyznę, ale kocha też i siebie. Jest świadoma i momentami wręcz "zaczadzona pięknem swojego ciała", które obiektywnie rzecz biorąc nie odpowiada współczesnym kanonom. Mimo to jest piękne, bo tak uważa ona, bo z takim zachwytem patrzy na nie on... Ile z kobiet tak potrafi?
"Zeszyty don Rigoberta" są jak wgryzanie się w soczysty owoc i oczekiwanie na jeszcze więcej nowych smaków i smaczków. Ale nie jest to tylko i wyłącznie powieść erotyczna. Główny bohater prócz odurzania się fantazjami, ma jeszcze jedną pasję. Jest nią pisanie listów - felietonów do różnej maści instytucji społecznych lub ich przedstawicieli. Don Rigoberto pała gorącą niechęcią do niezrozumiałej dla niego prymitywnej potrzeby człowieka do zbijania się w większe lub mniejsze stada. Nie cierpi uspołeczniania na siłę, uniformizacji, klubowych plakietek i emblematów, ani zbiorowych protestów na ulicach... Te listy to również dobry materiał do przemyśleń.
Jeśli dołożymy do tego historię malarza Egona Schielego, także wplecioną w powieść i namiętne listy pisane przez Lukrecję, otrzymamy w rezultacie wybuchowy koktajl, który jednych odurzy, u innych spowoduje odruch wymiotny.
Zachęcam jednak, żeby spróbować choć malutki łyk...

niedziela, 12 września 2010

"Przepaska z liści" Patrick White

Zachwycił mnie tytuł tej książki. Przepaska z liści może przecież oznaczać tak wiele, albo mniej niż nic. Może być ostatnim elementem, skrawkiem chroniącym człowieka przed zupełnym odarciem z godności, zasłoną chroniącą jego intymność lub wprost przeciwnie śmieszną i nieudolną próbą ratowania swojego człowieczeństwa, żałosną i godną politowania próbą ukrycia nagości, tej zewnętrznej i wewnętrznej. Interpretacja zależy od chęci i nastawienia czytelnika. Mnie ten tytuł po prostu wzrusza, po przeczytaniu książki jeszcze bardziej.
Jej główna bohaterka Ellen nie może pochwalić się szlachetnym urodzeniem. Dzieciństwo i młodość spędziła na kornwalijskich pastwiskach, najczęściej na "obrządzaniu" krów oraz zajmowaniu się ojcem pijakiem. Ellen jest prostaczką, ale tylko na pozór. Pod zewnętrzną skorupą kryją się skarby, o których ani otoczenie, ani ona sama nie mają pojęcia. Jej prawdziwe "ja" czeka na impuls, iskrę, która puści tę całą maszynerię w ruch... Korzystne, ale tylko na pozór małżeństwo z chorowitym i zdradzający homoseksualne skłonności arystokratą nie spowoduje żadnego wybuchu, nie rozpali namiętności. Mąż zamknie ją w wiktoriańskim gorsecie obłudy i hipokryzji. Jednak dzięki niemu i teściowej Ellen odkryje tak wiele: swą umiejętność przystosowywania się do nowych sytuacji, talent do uczenia się, przewagę milczenia nad niepotrzebną i pustą gadaniną, zdolność do ubierania chaotycznych myśli w słowa, słowem początek siebie. Odwiedziny u szwagra w Ziemi Van Diemena uświadomią jej, że nie jest wiktoriańską, zasznurowaną i zapakowaną w futerały halek hipokrytką, tylko namiętną kobietą. Choć o istnieniu tych instynktów Ellen wolałaby zapomnieć... W czasie podróży powrotnej statek, którym płyną państwo Roxburg (nazwisko Ellen po mężu) osiada na rafie. Pasażerom i załodze udaje się wprawdzie dopłynąć do lądu, ale zostają wybici przez tubylców, albo umierają z głodu. Ellen udaje się przeżyć, dostaje się do niewoli prymitywnego plemienia i razem z nim przemierza Australię i bada, ile cierpienia jest w stanie znieść jeden człowiek. Ellen schodzi na samo dno człowieczeństwa, doświadcza wszystkich odcieni bólu i upokorzenia. Nie zostaje jej nic, tylko tytułowa przepaska z liści. Ale nawet ogolonej na łyso, wysmarowanej śmierdzącymi mazidłami, brudnej i cuchnącej udaje się jej zachować godność i jedną z najważniejszych ludzkich cech - zdolność kochania. Ellen udaje się ocaleć, jej wybawcą staje się zbiegły więzień Jack. Na niego przelewa wszystkie swoje uczucia: miłość, czułość, namiętność. Nam ofiarom konsumpcyjnej kultury wydaje się niemożliwe jakakolwiek forma kochania w tak niesprzyjających okolicznościach. Oto dwoje brudnych i przypominających kościotrupy ludzi kocha się na podściółce z gnijących liści w australijskim buszu. Wymieniają pocałunki i czułości. Żałosne i śmieszne? A może obrzydliwe? Być może, ale też szczere i prawdziwe, prawdziwe aż do bólu i utraty tchu... Polecam, gorąco!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

"Sputnik Sweetheart" Haruki Murakami

Ta książka jest jak mocne uderzenie pięścią w brzuch, w najbardziej wrażliwe miejsce, w dodatku nikt nie ostrzega, że będzie bolało. Powoduje wewnętrzny skurcz, a później bunt. Po jej przeczytaniu mam ochotę głośno krzyczeć, że nie wszyscy są tak tragicznie samotni, że jesteśmy w stanie spotkać się gdzieś w kosmosie, nie jesteśmy skazani na wędrowanie po chaotycznych orbitach przeznaczenia, a marzenia czasem się spełniają, czasem nawet bywamy szczęśliwi. Ta powieść Murakamiego wyrwała ze mnie, na szczęście na chwilę, mały fragment wewnętrznej pewności siebie. Przez chwilę czułam wsysającą mnie pustkę i czerń. Dlatego ostrzegam, że nie jest to ciepła i miła historia.
Jej bohaterowie to tacy niejapońscy Japończycy. Nie pracują 24 godziny na dobę, nie popełniają karoshi, są subtelnymi i wrażliwymi intelektualistami. Mają dużo czasu na pisanie, rozmowy i nawiązywanie różnych form stosunków międzyludzkich. Jednak mimo, że tak empatyczni, uwrażliwieni i pozornie otwarci, nie są w stanie rozmawiać ze sobą o najważniejszych sprawach: o swoich poplątanych i niemożliwych do spełnienia uczuciach oraz osamotnieniu. Sumire, dwudziestoparolatka, zakochuje się gwałtownie i namiętnie w starszej od siebie Miu. Dla pełnej jasności Miu jest kobietą. Uczucie pozostaje nieodwzajemnione, ponieważ Miu nosi wewnętrzną rysę, pęknięcie spowodowane przez mroczne wydarzenie z młodości. W Sumire kocha się młody nauczyciel, jest jej przyjacielem, ale pragnie czegoś więcej. Miu potrafi tylko polubić, nie umie ani kochać, ani pożądać. Ta trójka jest sklejona ze sobą niewidzialnym spoiwem uczuć i równocześnie przeraźliwie samotna. Najwrażliwsza z nich (lub może najmniej odważna) Sumire decyduje się przerwać to pozbawione nadziei orbitowanie i pewnego dnia odchodzi, "rozwiewa się jak dym". Opuszcza realność i przechodzi do innej, równoległej rzeczywistości: marzeń, snów, psychozy. A może po prostu popełnia samobójstwo?
Po przeczytaniu "Sputnika" należy koniecznie zażyć jakieś antidotum: obejrzeć głupią romantyczną komedię, przytulić swoje dziecko, poczytać wiersze o namiętnej miłości, kochać się długo i czule... Nie wolno uwierzyć autorowi, że jesteśmy dryfującymi sputnikami, bez szans na spełnione uczucie i szczęście. Nie jesteśmy wydrążonymi skorupami, tak kruchymi, że pękają od najlżejszego uderzenia. Nie wszyscy z nas noszą w sobie zamrożone sople. I pamiętać jeszcze jedno: każda książka pokazuje tylko mały wycinek rzeczywistości i to z bardzo subiektywnego punktu widzenia.
Uff! W tej linijce mogę odetchnąć, chyba w końcu przekonałam samą siebie. Książkę polecam, a po niej odpowiednią kurację łagodzącą...

piątek, 23 kwietnia 2010

"Żar" Sandor Marai

To jest zwykła, banalna wręcz historia. Po raz kolejny czytamy o namiętnościach, ludzkim uwikłaniu w uczucia i związki, z których nie można się uwolnić. Historię poznajemy w zasadzie z jednej perspektywy - głównego bohatera, węgierskiego generała. Po ponad 43 latach nieobecności odwiedza go mężczyzna, który niegdyś był jego najlepszym przyjacielem. Był, w czasie przeszłym... Przyjaźń skończyła się raptownie po odkryciu przez generała romansu jego żony z najlepszym, przynajmniej tak sądził, przyjacielem. Mamy więc tę banalną historię, którą ludzkość, mimo swoich doświadczeń wciąż powiela. Jeśli autor poprzestałby tylko na jej streszczeniu, wówczas mielibyśmy kolejny romans o zapachu fiołków. Na szczęście nie ograniczył się tylko do opisu miłosnego trójkąta. Książka ta jest, bez wątpliwości, próbą analizy uczuć, najczęściej stłumionych. Dominują zazdrość, żal, namiętność. Bohaterowie nie mogą sobie pozwolić na ich erupcję. Trzymają je na wodzy, spętani przez poczucie winy i wszechobecne konwenanse. Ale one istnieją, przez cały czas żarzą się jak węgle w palenisku i nie pozwalają ani na chwilę odpocząć.
Tytułowy "Żar" można również odnieść do ludzkiej pamięci, która stanowi bardzo ważny wątek tej książki. Nie możemy poznać całej prawdy. Nigdy nie dotrzemy do sedna, tego co się wydarzyło. Pamięć ulotna i wybiórcza, zaciemnia przeszłość, selekcjonuje i wybiera tylko określone fragmenty. Ale trwa wciąż, do samego końca. Jest tak bardzo obecna w życiu generała, iż mamy wrażenie, że każdy przedmiot w jego domu: bibelot, obraz, książka opowiadają swoją wersję tej samej historii.
"Żar" to również wspomnienie pewnej epoki. Jej życie dobiegło kresu, czas i historia pogrzebały monarchię austro-węgierską. Choć we wspomnieniach głównego bohatera słychać nostalgię za ustalonym porządkiem życia, cesarską opieką, przesiadywaniem w wiedeńskich kawiarniach i walcem.
Zachęcam do przeczytania tej niewielkiej książki, szukania w niej i odkrywania nowych wątków.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

"Czułość i obojętność" Roma Ligocka

Ta cienka książka powinna być oklejona ostrzeżeniami: uwaga szkło - prosimy nie podrzucać, nie ściskać, nie tupać i nie podnosić zbytnio głosu. Kruchy lód i szkło, autor może rozpaść się na drobne cząsteczki. Dlatego Drogi Czytelniku bądź szczególnie wyrozumiały i otwarty.
Wrażliwość pisarki i mam nadzieję, że nieudawana szczerość są dla mnie chwilami nie do zniesienia. Powodują prawie fizyczny ból. Skąd bierze się takie wyczulenie na siebie i innych, choroba empatii, jak nazwała ją autorka? Często rodzi się z wielkiego cierpienia, bolesnych przeżyć i dramatów. Te mogą być początkiem takiej właśnie wrażliwości, albo zamieniają człowieka w pozbawioną możliwości odczuwania czegokolwiek, odczłowieczoną formę białka. Nie wiem od czego zależy wybór kierunku...
Błahe pytania, niektóre rodem z dziewczyńskich pamiętników, stają się pretekstem do odkrywania tego, co zwykle jest głęboko w nas ukryte, o czym z braku czasu i w pośpiechu raczej nie myślimy. Prowokują do odpowiadania na nie otwarcie, do badania samego siebie. Jednak mimo wielokrotnego powtarzania przez pisarkę słów: ja, mój, moja, moje, nie mamy wrażenia przerostu ego, nad treścią jej książki. Jest wręcz odwrotnie. Szczerość i otwartość wobec samej siebie i czytelnika są, według mnie, niezwykle odważne. W tym momencie odzywa się we mnie mały diabełek i syczy: a jeśli to tylko element takiej gry, zabawy w pisarza i czytelnika? Drobna i subtelna manipulacja? Nie chcę w to wierzyć. A jeśli nawet, to świadomie daję sobą pomanipulować i poddaję się tej książce. Sama stawiam sobie pytania: Kiedy kłamię, jak chciałabym umrzeć,jaki jest mój obecny stan ducha, czego nie cierpię ponad wszystko itd. Nawet jeśli jest to jakaś gra, to zagram w nią, bo i tak nie stracę. Mogę jedynie zyskać... Do zestawu pytań dodam swoje. Np. czym według Pani jest życie? Jak odpowiedzieć na takie pytanie czterolatkowi?
Po przeczytaniu tej książki mogę napisać, że nie ma głupich pytań. Wszystko zależy od odpowiedzi...
Nie podoba mi się tylko jeden drobiazg. Po co doklejać na siłę kilka felietonów wydrukowanych wcześniej w "Pani"? Powoduje to efekt zgrzytu ostrza na... kruchym szkle.

niedziela, 27 grudnia 2009

"Droga do piekła" Majgull Axelsson

Przyjemnie jest pisać po długim okresie, nazwijmy to, abstynencji. Miło jest mieć czas na myślenie i uporządkowanie chaosu w głowie na odpowiednie półeczki. Za to najbardziej lubię święta... Nie za lukrowane choinki, wysiloną rodzinną atmosferę i nieudolne próby posklejania na chwilę czegoś, co już nigdy się nie sklei. Mam wreszcie czas na rzeczy, które chcę, a nie muszę robić... Słodkie nieróbstwo też bywa od czasu do czasu miłe i stymulujące.
Niestety książka, o której chcę dziś napisać, nie pasuje w ogóle do tego beztroskiego klimatu. Jej tytuł jest bardzo adekwatny do treści. Ta powieść jest jak porwana na drobne strzępki mapa, którą w miarę czytania składamy kawałek po kawałku w całość. Mapa, która prowadzi niestety nie do skarbu, ale do tytułowego piekła. W zasadzie do dwóch piekieł. Pierwsze to otaczająca główną bohaterkę rzeczywistość, szaleństwo zewnętrznego świata, samotność, na którą jest skazana. Drugie to koszmary pożerające jej duszę.
Cecylia (co za imię!) wraca do Szwecji, aby opiekować się ciężko chorą, umierającą matką. Nie robi tego ze szlachetnych pobudek, ale z poczucia obowiązku i "przyzwoitości". Zamknięta w rodzinnym "Bananowym domu" wchodzi w siebie, próbuje zrobić rachunek sumienia. Wraca zarówno do swojego dzieciństwa, jak i do całkiem niedalekiej przeszłości - pobytu na Filipinach. I budzi wszystkie swoje demony - ciemne, pozbawione miłości dzieciństwo; samotne dorastanie; pozbawione sensu małżeństwo, wreszcie koszmar przeżyty podczas wybuchu wulkanu Pinatubo. Wspomina, chaotycznie, daje się pochłonąć widmom i zjawom. Zło, którego doświadczyła i które sama wyrządziła, wsysa ją i nie zostawia jej nic - nawet małej cząstki dobroci. Jest wszechogarniające, jak kosmiczna czarna dziura. Cecylia może powiedzieć - piekło jest tu,przy mnie, ze mną, we mnie. I jeszcze "nie ma odkupienia, nie ma przebaczenia, nie ma nas, nie ma"... Dobro, miłość, wiara, nadzieja są w tej książce śmiesznie brzmiącymi słowami. Okazuje się, że jesteśmy zdolni do najgorszych zbrodni i występków, bezpiecznie trwamy w naszych ustalonych bytach i nawet nie podejrzewamy, jakie potworności nosimy w sobie. Wystarczy drobna iskra, żeby zapoczątkować reakcję łańcuchową. Czynimy zło i dajemy się mu porwać, bo tak jest łatwo i wygodnie. Szybko się do niego przyzwyczajamy i nie próbujemy się mu przeciwstawić.
Nie mogę znaleźć w tej powieści niczego optymistycznego. Może poza krótkimi chwilami spełnienia, które Cecylia przeżywa podczas seksu z Butterfieldem oraz radości z powodu urodzenia córki. "Droga do piekła" kojarzy mi się z cyklem obrazów Goi "Demony wojny" - są tak samo nasycone złem i pozbawione odrobiny światła.
Dlatego, jeśli jest ci ciężko, nie czytaj tej książki. Poczekaj na lepszy czas w swoim życiu. Może wtedy starczy ci odwagi, żeby pomyśleć, że tyle samo w nas dobra, ile zła...

niedziela, 11 października 2009

Walk the Line

Brak wiedzy na jakiś temat nie jest zapewne powodem do zmartwienia, ani wstydu. Zawsze można się wytłumaczyć, że to przecież nie moja działka, nie muszę znać się na wszystkim. Wystarczy, że jestem dobra w jakimś wycinku obejmującym mały fragment rzeczywistości. Wstydzę się jednak swojej ignorancji, ponieważ niektórzy uważają mnie za osobę "z intelektem ostrym jak brzytwa". Jednak ten "wyostrzony intelekt" dowiedział się o Johnnym Cashu jakieś trzy miesiące temu, mimo przebywania na tym świecie od trzydziestu paru lat. Jestem skruszona i biję się w piersi. Taka mała lekcja skromności...
Ale wracając do tego pierwszego razu... Tak, można to nazwać lekkim trzęsieniem ziemi. Spowodowanym piosenką Casha "Hurt". Nie wiedziałam, kim jest wykonawca, nie do końca rozumiałam słowa. Tylko, że... tego nie trzeba rozumieć. Wystarczy słuchać, zrozumienie przychodzi samo. Starczy, zdarty głos - ktoś zmęczony życiem szuka od niego ucieczki. Jednocześnie jest świadomy, że nigdzie nie ma drzwi z napisem "Wyjście". Istnieje tylko bramka z napisem "Śmierć". Szczerość tej muzyki rozjeżdża człowieka jak wielka ciężarówka i wywołuje emocje, nad którymi trudno zapanować. Ci, którzy przechodzą obok niej obojętnie, musieli w poprzednim wcieleniu egzystować na poziomie pantofelka lub eugleny.
Podobnie podziałał na mnie film "Walk the Line". Można obrazowo napisać, że tym razem nie była to ciężarówka, tylko czołg.
Kolejny biograficzny film, o kolejnym sławnym i bogatym tego świata. Nudny i zbyt długi. Pewnie tak podsumują ten film pantofelki i eugleny, jeśli jakimś cudem go obejrzą.
Dla mnie jest to przede wszystkim historia o tym, że wszyscy możemy stać się kimś. Pasje, które mamy mogą stać się życiowym celem. Mogą nas zbawić, ale też doprowadzić do całkowitego zatracenia. Granica między jednym, a drugim jest bardzo cienka, szukanie równowagi przypomina balansowanie na linie umieszczonej wysoko nad ziemią. Johnny Cash potknął się na niej, stracił równowagę i prawie spadł w przepaść narkotyków i sławy. Tylko, że w ostatniej chwili ktoś podał mu rękę i pomógł stanąć na nogi. June, bo tak nazywała się ta kobieta, stała się jego drugą połową, asekuracyjną liną trzymającą go przy życiu. Trąci banałem? Niestety, nasz świat wyświechtał i przenicował wszystkie wartości - miłość, poświęcenie, pasję. Jednak po obejrzeniu tego filmu można poczuć, że nadają one sens naszej egzystencji. Dzięki nim nie jesteśmy jedynie drobnym i przypadkowym kosmicznym odpryskiem.
"Walk the Line" to film o muzyce i uczuciach, które ratują nas przed śmiertelnym upadkiem. Polecam go szczególnie tym, którzy kryją swe emocje pod pancerzykiem ironii, krytykanctwa i zblazowania.

środa, 23 września 2009

"Pokój numer 19" Doris Lessing

Coraz bardziej zaczynam lubić książki tej starszej pani. Dzisiejszy tytuł pochodzi ze zbioru opowiadań pt. "Mężczyzna i dwie kobiety". W recenzji na okładce książki napomknięto, iż jest to "wczesny tom opowiadań pisarki". Po jego przeczytaniu ma się wrażenie, ze są to bardzo wczesne opowiadania. Nie najlepsze, niespecjalnie ciekawe, pełne powtórzeń i podobnych damsko - męskich problemów. Dobrnęłam jednak do końca książki i tam natrafiłam na opowiadanie, które naprawdę mnie poruszyło. Czytając tę historię czułam jakby ktoś cały czas specjalnie dotykał bolesnego miejsca, które już się zagoiło, ale pozostała po nim blizna...
Susan i Matthew Rawlings stanowili pozornie szczęśliwe małżeństwo. Sami tak o sobie myśleli i taką opinię narzucali swoim znajomym i przyjaciołom. Ich życiem rządziły rozsadek i roztropność. Nie ulegali zbędnym emocjom, nie unosili się gniewem, ani rozpaczą, nie wykrzykiwali sobie w twarz oskarżeń, nie wyładowywali na sobie zbędnych emocji. Ich życie było jak sprawny, punktualny zegarek, który zawsze wskazuje dokładny czas... Idealne stadło małżeńskie. A jednak czegoś w tym wszystkim zabrakło. Jak napisała autorka "nie dało się uniknąć pewnej monotonii" oraz " życie ich było jak wąż zjadający swój ogon". Szarość codzienności, powtarzalność, przyporządkowanie do końca życia - oto jestem matką, panią domu i... Nic poza tym? Gdzie w tych rolach jestem ja? Czy w ogóle jeszcze jestem? Czy rozpłynęłam się w codziennej bieganinie i stałam się listą obowiązków i powinności? Myślę, że takie pytania zadawała sobie Susan. Od początku zgadzała się na wszystko, co zaproponował jej mąż. Zrezygnowała z pracy, zajęła się domem i wychowywaniem dzieci. Każdą decyzję i postępek swojego męża potrafiła sobie logicznie wytłumaczyć, zrozumieć, a nawet usprawiedliwić. Tylko jak długo tak można? Nie jesteśmy w stanie żyć normalnie nie okazując emocji, tych dobrych i tych złych. Susan "pękła", jak przekłuty balon. Uszło z niej całe powietrze, a z nim chęć do życia. Chciała uciec od swego wspaniałego męża, udanych dzieci i pięknego domu. Szukała odrobiny spokoju, chciała zerwać niewidzialną smycz. Udało jej się czy nie? Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie.

wtorek, 21 lipca 2009

Australia

Zareklamowano mi ten film jako bardzo romantyczną historię miłosną. Melodramat przez duże M, oczywiście z happy endem. I cóż muszę powiedzieć, że miło się rozczarowałam... Ponieważ "Australia" to rzeczywiście historia pewnej miłości - wyniosłej arystokratki, która jest zmuszona do bardzo szybkiego zweryfikowania swoich poglądów na życie i świat oraz skrajnie od niej różnego poganiacza bydła. Ale dla mnie ta historia jest zbyt oczywista, ponieważ od pierwszego spotkania bohaterów wiadomo, że przypadli sobie do gustu, choć pozornie się nie znoszą. Wiadomo również, że prędzej czy później ogarnie ich "miłosny żar". I tyle - już na samym początku wiemy, jakie będzie zakończenie. Klasyczny schemat - nie lubimy się, ale w gruncie rzeczy szalejemy za sobą. Dobrze, że Sara, w odróżnieniu od innej romantycznej bohaterki nie puentuje odkrywczo: "Pomyślę o tym jutro..."
Dla mnie ten film to przede wszystkim próba wyrażenia zachwytu nad pięknem kawałka naszej planety, którego nie zdołał zdeptać biały człowiek. Ten fragment Ziemi jest w filmie tak wspaniale dziki i pusty, poddaje się tylko biegowi pór roku, a jego rdzenni mieszkańcy wcale nie chcą go zmieniać, ani czynić sobie poddanym. To "biały barbarzyńca" wdziera się wszędzie, chce kontrolować wszystkich i wszystko, narzucać swoją władzę ludziom i przyrodzie. Kolonizować i zniewalać. I nie uznaje żadnych granic... Skąd w nas takie skłonności? Czemu musimy zawsze mieć wszystko pod kontrolą? Dlaczego tak boimy się tego, co inne?
Po obejrzeniu "Australii" można również zadać sobie pytanie: Kto jest bardziej czarny? Czy strzegący swej ziemi Aborygeni czy odziani w czarne sukienki półmężczyźni, odbierający w imię Boże dzieci matkom? I kto ma ciemniejszą duszę - prymitywny tubylec czy oświecony ksiądz?
Zupełnie inna sprawa to gra aktorska, poprawna, ale nie porywająca. Nicole Kidman stosuje w tym filmie wszystkie chwyty i sztuczki wypróbowane w "Moulin Rouge"i do tego wygląda jak chodząca reklama amerykańskiej chirurgii kosmetycznej. Ale będę sprawiedliwa - dobrze pokazuje metamorfozę bohaterki ze sztywnej pańci w pewną siebie kobietę. Za to Hugh Jackman... Ale to już temat na inny wpis...

wtorek, 16 czerwca 2009

"Ono" Dorota Terakowska

Nie lubię pisać, kiedy czuję, że byłoby to dla mnie wysiłkiem, ciężką pracą, siłowaniem się z każdym kolejnym słowem. Na szczęście tu mogę wybierać między chcę, a nie chcę. Nie "muszę"... Po długim czasie milczenia, słowa po prostu spływają, o ile można tak powiedzieć o pisaniu tekstu za pomocą klawiatury komputera. Chcę, żeby to, nazwijmy tworzenie, było lekkie i spontaniczne. Męczenie się nad każdym zdaniem, szukanie wyrazów bliskoznacznych, dobieranie epitetów - prawie, że bolesne wykluwanie się tekstu - to nie dla mnie. Chcę, żeby przekładanie myśli na słowa było po prostu zmysłową przyjemnością...
Dziś chcę napisać o książce, która nie spodobała się chyba krytykom literackim. Problemy, które porusza, nie są szczególnie interesujące. Język nie jest nowatorski, koncepcja narratora i kompozycji również nie wnosi niczego nowego.
No dobrze... Tylko dlaczego tak mnie wzrusza? Chwyta za gardło i za każdym razem sprawia, że zaczynam patrzeć na świat inaczej, lepiej? Myślę, że to zasługa Terakowskiej. Ta autorka jest w swoich książkach krytyczna bez litości, ale tylko w stosunku do ludzi, których ja określam mianem bezmózgowców. Je, pije, chodzi i bije... I nie mam tu na myśli alkoholików, ale ludzi, którzy są jedynie skorupkami, wypełnionymi paroma organami wewnętrznymi. Układ trawienny, oddechowy, moczowo-płciowy... I nic poza tym. Pustka. Prosta linia od narodzin do śmierci, bez zbędnych emocji, wewnętrznych wstrząsów, niepotrzebnych rozważań i rozterek.
Taka jest na początku główna bohaterka książki - nakręcana laleczka, żyjąca od dyskoteki do dyskoteki, marząca jedynie o wyrwaniu się z małego miasteczka i domu. Nienawidzi swojej matki, a z każdym dniem staje się do niej coraz bardziej podobna i oczywiście nie zdaje sobie z tego sprawy.
Marzenia Ewy się spełniają. Tylko trochę inaczej niż sobie to wyobrażała. Wspaniały "książe" (właściwie to jest ich aż trzech) porywa ją z dyskoteki uwozi w dal, gwałci i zostawia samą na drodze. Spełnienie marzeń... Ale ta tragedia staje się początkiem czegoś nowego. Ewa oczywiście zachodzi w ciążę, nie wie który z "herosów" jest ojcem i zaczyna go szukać. Zaczyna też pokazywać i tłumaczyć swojemu nienarodzonemu dziecku świat. Dla dziewczyny to rownież inny początek - zalążka świadomości. Krok po kroku uczy się: Oto jestem, myślę, czuję, mogę pytać dlaczego, po co, skąd. Mogę szukać odpowiedzi, znajdywać ją lub nie...
Terakowska widzi ludzkie wady i ułomności, podkreśla je i kpi z nich. Ale potrafi je zrozumieć. Jednego tylko nie jest w stanie wybaczyć - bezrefleksyjnego egzystowania, bycia rozlanym i bezkształtnym jak ameba. Chyba przede wszystkim o tym jest "Ono": Nie wystarczy po prostu być...

wtorek, 21 kwietnia 2009

Niewierna

Gdybym była mężczyzną moim absolutnym ideałem kobiecości byłaby Diane Lane. Ta aktorka jest dla mnie kwintesencją kobiecości, zwłaszcza po obejrzeniu filmu "Niewierna". Bóg stwarzając ją musiał doznać niesamowitego olśnienia twórczego, bo to dzieło jest naprawdę dobre. Cały czas zadaję sobie pytanie, czy ona jest tak naprawdę piękna. W niektórych scenach filmu jej uroda jest obezwładniająca, w niektórych momentach wręcz karykaturalnie brzydka. Ale w każdym momencie na jej twarzy widać określone emocje: złość, strach, radość, znużenie, zazdrość... Ta twarz nigdy nie jest nijaka. Dla niektórych jest pewnie zbyt emocjonalna, może naturszczykowata, ale mnie porusza do głębi. Szczególnie w tej historii. A historia jest krótka i prosta. Znudzona żona, zapracowany mąż i ten trzeci spotkany przez przypadek. A potem amok... Kiedy nie liczy się już nic, ani rodzina, ani wewnętrzne zasady, tylko kochanek, a główna bohaterka spada coraz głębiej. Ktoś bardzo zdrowo myślący może sobie zadać pytanie: Dlaczego ona to zrobiła? Miała przecież wszystko pieniadze, przystojnego męża, udane dziecko i piękny dom z ogrodem. Nawet udany seks. Wszystko, co w naszym kręgu kulturowym oznacza tak zwane szczęście. Czemu więc poświęciła to , w zamian za trochę namiętności? Moim zdaniem była po prostu samotna. Nie sama, ale właśnie samotna, osamotniona. Znudzona życiem, które prowadziła. Kolejnymi identycznymi dniami, przerażona upływający czasem, który zaczynał już odciskać na niej swój ślad. Nie miała żadnej namiętności, pasji, dzięki której mogłaby mieć poczucie, że spełnia się w życiu. Dlatego wykorzystała pierwszą okazję, nie myśląc o konsekwencjach. Na co liczyła? Na miłość? Może na zapomnienie i dowartościowanie?
Po obejrzeniu "Niewiernej" zastanawiam się, jaki wiek jest dla kobiety pierwszym przełomowym momentem. Tym, w którym zauważamy, że czas jednak mija, że z każdym dniem zbliżamy się ku nieodwracalnemu, ku starości i śmierci. Kiedy nadchodzi pierwszy kryzys? Po czterdziestce, czy może wcześniej? Jak sobie z nim poradzić?

wtorek, 14 kwietnia 2009

"Biały oleander"

Bestseller... Gdy widzę to słowo na okładce książki od razu przestaję mieć ochotę na jej przeczytanie. Nie lubię "dzieł" Coelho, nie mogłam przeczytać "Cienia wiatru". Uważam, że autorzy tych niezmiernie poczytnych powieści po prostu ordynarnie spisują, nie dają czytelnikowi nic od siebie, oprócz zgrabnie połączonych drobnych fragmentów innych książek. Ktoś, kto często czyta, bardzo szybko orientuje się, w czym rzecz i zaczyna czuć, że to po prostu plagiat. W "Białym oleandrze" też zdarzają się takie potknięcia, ale na szczęście nie cierpi na tym cała książka. Trudno mi rozstrzygnąć kto odgrywa w niej ważniejszą rolę - matka czy córka. Jedna i druga są klamrą spinającą całą akcję, a może biegunami + i -? Córka pełni rolę narratora i w zasadzie to jej historia - bolesnego dojrzewania i uniezależniania się od matki. Ta z kolei jest tak toksyczna, wyniosła i w swoim własnym mniemaniu czysta, jak tytułowy biały oleander. Nie jest w stanie pokochać nikogo, ani niczego, poza samą sobą. Dusi i wyśmiewa każdy nawet najdrobniejszy przejaw niezależności u swojego dziecka. Chce je ulepić na swój kształt i podobieństwo wojowniczki z Północy. Ten chory układ jest osadzony w okropnej amerykańskiej rzeczywistości Los Angeles. Każdy człowiek w tym mieście walczy z jakimś swoim demonem, a duszny i suchy wiatr wciąż budzi nowe...
Każdy z nas przechodzi w swoim życiu podobną drogę odchodzenia i budowania samego siebie. Większość z nas nie cierpi jednak tak bardzo, jak Astrid. Ten proces jest nieodwracalny i tylko od nas samych zależy, jak go zakończymy. Czy zostaniemy z żalem, smutkiem i poczuciem skrzywdzenia czy też pogodzimy się z rodzicami i z sobą. Astrid zamknęła swoje dojrzewanie w małych miniaturowych walizkach, każda z nich symbolizuje drobną cząstkę jej życia, kolejne wspomnienie. Nie są one jednak źródłem żalu, ale symbolem zakończonego etapu i równocześnie początkiem czegoś nowego.

piątek, 3 kwietnia 2009

wiosna

I znowu jest wiosna, jak co roku szaleje pod oknami. Wiem, dobrze, to nie moje. Ukradłam komuś ten tekst. Ale nie da się zaprzeczyć, że wiosna jest i szaleje i pod oknami i w mojej głowie. Myślę zbyt wiele, ale myśli biegną swoimi ścieżkami, a ja nie mogę za nimi nadążyć i tylko wdycham to inne powietrze. Nawet jeśli próbuję z tego chaosu i natłoku wyłowić coś logicznego, to i tak nie dochodzę do żadnych wniosków. Dopadła mnie wiosna. Nie wiosenne przesilenie, ale właśnie wiosna. Zasadnicza różnica... Nie takie miało być pierwsze zdanie w tym dzienniku, ale nie mogłam się powstrzymać i cóż, czuję się odrobinę lepiej po tym jak to napisałam. Dobra przechodzimy do pierwszego zdania, bo przecież miało być o książkach i nie tylko. Start... Czytanie dobrej książki jest jak dobry seks z odpowiednim mężczyzną. Bierzesz ją do ręki, otwierasz i już od pierwszej strony wiesz, że to jest to... Włączasz zmysły i chłoniesz całą sobą: słuchem, wzrokiem, dotykiem, węchem, smakiem, wszystkimi porami skóry. I odlatujesz na całą noc. Dużo było takich książek w moim życiu, odpowiednich mężczyzn mniej.Być może niektórzy poczują się dotknięci tym porównaniem. I ci, co lubia książki, i ci , którzy bardziej lubią seks. Ale ja właśnie tak odbieram czytanie dobrej książki, angażuję wszystkie zmysły. Nie potrzebuję herbatki, ciasteczek, ani kocyka. Po prostu lubię czytać... Wszystko prócz głupich wszystkowiedzących poradników i teoretyzujących podręczników psychologii. Jeśli chcesz wiedzieć, czy warto coś przeczytać, trafiłeś pod odpowiedni adres.