W nieodległej przyszłości, a może przeszłości. W kraju za siedmioma morzami, a może o niecały rzut kamieniem stąd... Tak mogłaby zaczynać się bajka dla dzieci. Albo dydaktyzująca powiastka z morałem dla dorosłych. "Miasto ślepców" ma jednak z nimi niewiele wspólnego. Jest raczej rodzajem przydługiej przypowieści o człowieku, jego bezradności wobec niezdefiniowanych bliżej kosmicznych sił oraz instynktach, które rządzą ludzkością. Nie znamy więc czasu, miejsca, ani przyczyny. Nagle w środku dnia anonimowe miasto ogarnia epidemia najdziwniejsza z możliwych - biała ślepota. Rozprzestrzenia się w tak szybkim tempie, że władze błyskawicznie tracą kontrolę nad wszystkim - począwszy od zaopatrzenia, skończywszy na bezpieczeństwie obywateli. Rząd próbuje uratować resztki społecznego porządku i ładu, izoluje chorych i potencjalnych nosicieli wirusa w starym szpitalu psychiatrycznym. Szpital jest ponurym gmaszyskiem, rodem z XIX wieku, takim dla syfilityków, paralityków itp. Ślepcy są zdani sami na siebie, szpital otacza wojsko i tworzy z niego zamkniętą strefę zero. Dotknięci chorobą, uwięzieni ludzie bardzo szybko przestają być... ludźmi. Władzę ma ten, kto ma broń i jedzenie; nawet jeśli jest tylko ślepcem. Nagle okazuje się, że wzrok jest jedną z najważniejszych ludzkich zdolności. Bez niego okazujemy się niewiele warci. Budowane przez stulecia z mozołem: ustrój społeczny, system prawny, moralność i zwykłe odruchy współczucia czy litości stają się pustymi słowami. Jedyne prawa jakie mają rację bytu to racja silniejszego, potrzeba przeżycia za wszelką cenę oraz strach przed śmiercią...
Powieść sprawia wrażenie napisanej na jednym spazmatycznym oddechu. Wrażenie to pogłębia sposób prowadzenia narracji, nieprzestrzeganie zasad interpunkcji, czy wprowadzanie mowy pozornie zależnej. Czytając ją można się udusić od nadmiaru pokazanego cierpienia i przemocy. Anonimowość, brak wyraźnie określonego miejsca i czasu dodatkowo potęgują grozę sytuacji. Bo czy coś takiego nie może się zdarzyć również nam? Potęga rozumu i uczuć, szkiełko i oko, serce to wszystko bierze, mówiąc kolokwialnie, w łeb...
"Miasto ślepców" to bardzo dyskusyjna książka. Szukam w niej i szukam czegoś jeszcze, drugiego dna. Czy tkwi w niej coś głębszego? Czy jest to tylko przerażająca historia grupy ludzi - nieludzi? Czy ma być przestrogą, starotestamentowym napomnieniem: malutki człowieczku znaj swoje miejsce, nie porywaj się na zbyt wiele, bo twój los nie zależy od ciebie? Można też zapytać (przy tej książce również), kiedy przestajemy być ludźmi i co to w zasadzie znaczy: Być człowiekiem?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 października 2010
wtorek, 2 marca 2010
"Wóz ognisty" Patrick White
To jedna z tych książek, do których wracam wciąż i wciąż od nowa. Za każdym razem przeżywam ją tak jak starożytni swój teatr pod gołym niebem. Obcowanie z nią kończy się dla mnie zawsze współczesną wersją starożytnego katharsis.Ci, którzy nie lubią dużych książkowych "cegieł" powinni ją od razu odłożyć. Nie starczy im cierpliwości, ani uwagi. A tej przy czytaniu "Wozu" trzeba naprawdę wiele. Powieść ta nie ma jednego głównego bohatera. Jest ich kilkoro. Stara wariatka panna Hare, zdziwaczały żyd Mordechaj Himmelfarb, Aborygen Alf Dubo i udręczona życiem z małżonkiem pijakiem oraz gromadką dzieci pani Goldbold. Ich losy to jakby kolejne rozdziały w książce. Każdy z bohaterów naznaczony jest jakimś piętnem, wykluczającym go z grona tak zwanych normalnych ludzi. Panna Hare była dzieckiem, które nie spełniło niestety oczekiwań swoich rodziców. Brzydkim, chorowitym. Nie wyrosła na urodziwą dziedziczkę z wianuszkiem wielbicieli, nie zasłużyła więc na miłość ojca i matki. Osamotniona, zostawiona sama sobie upodobniła się do zwierzątek z australijskiego buszu. Żyd ocalał cudem z zagłady i zawieruchy wojennej. Stracił jednak jedyną istotę, którą tak naprawdę miał i kochał - swoją żonę. Aborygen doświadczył łaski białych, którzy pod płaszczykiem pseudodobroci i nawracania na objawiona prawdę chrześcijańską, doprowadzili go na dno piekła i upodlenia. Pani Goldbold cicha i pokornego serca, jest tak dobra, że normalnym ludziom wydaje się wręcz głupia i naiwna w swej dobroci...
Los czy może Bóg rzuca ich w to samo miejsce w czasoprzestrzeni - przedmieścia Sydney po drugiej wojnie światowej. Ich życiorysy splątują się ze sobą. Prócz codzienności łączy ich jeszcze jedna wielka tajemnica, o której boją się mówić głośniej. Obcują z jakąś cząstką boskości, którą w książce symbolizuje tytułowy wóz ognisty. Sztuka, wiara, pokora, wariactwo - dzięki nim doświadczają wizji niedostępnych porządnym ludziom. Banda obłąkanych... Bardzo łatwo tak powiedzieć, wyrzucić ich poza margines dobrego i porządnego społeczeństwa. Tylko kto w tej powieści jest tak naprawdę dobry? Czy mężczyźni systematycznie zdradzający swe żony w miejskim burdelu? Zdradzane żony czyniące w imię sprawiedliwości najgorsze świństwa? Powtarzają sobie: kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. I rzucają je, setkami. Wieszają i kamienują. Czynią dobro, ustanawiają porządek. A potem umywszy ręce, wracają do swoich domów.
Za każdym razem przy czytaniu tej książki doświadczam takiego samego wstrząsu: że można być tak ślepym, że tak łatwo dać się omamić i zgubić rozeznanie, co jest dobrem, a co złem. Łatwo jest być bezmyślną cząstką w tłumie. Trudniej przeciwstawić się masie.
Ta powieść jest dla wszystkich, którzy nie cierpią tłumu. No może poza koncertem havy metalowym. Zachęcam do zmierzenia się z nią, do tego też potrzeba odwagi!
niedziela, 27 grudnia 2009
"Droga do piekła" Majgull Axelsson
Przyjemnie jest pisać po długim okresie, nazwijmy to, abstynencji. Miło jest mieć czas na myślenie i uporządkowanie chaosu w głowie na odpowiednie półeczki. Za to najbardziej lubię święta... Nie za lukrowane choinki, wysiloną rodzinną atmosferę i nieudolne próby posklejania na chwilę czegoś, co już nigdy się nie sklei. Mam wreszcie czas na rzeczy, które chcę, a nie muszę robić... Słodkie nieróbstwo też bywa od czasu do czasu miłe i stymulujące. Niestety książka, o której chcę dziś napisać, nie pasuje w ogóle do tego beztroskiego klimatu. Jej tytuł jest bardzo adekwatny do treści. Ta powieść jest jak porwana na drobne strzępki mapa, którą w miarę czytania składamy kawałek po kawałku w całość. Mapa, która prowadzi niestety nie do skarbu, ale do tytułowego piekła. W zasadzie do dwóch piekieł. Pierwsze to otaczająca główną bohaterkę rzeczywistość, szaleństwo zewnętrznego świata, samotność, na którą jest skazana. Drugie to koszmary pożerające jej duszę.
Cecylia (co za imię!) wraca do Szwecji, aby opiekować się ciężko chorą, umierającą matką. Nie robi tego ze szlachetnych pobudek, ale z poczucia obowiązku i "przyzwoitości". Zamknięta w rodzinnym "Bananowym domu" wchodzi w siebie, próbuje zrobić rachunek sumienia. Wraca zarówno do swojego dzieciństwa, jak i do całkiem niedalekiej przeszłości - pobytu na Filipinach. I budzi wszystkie swoje demony - ciemne, pozbawione miłości dzieciństwo; samotne dorastanie; pozbawione sensu małżeństwo, wreszcie koszmar przeżyty podczas wybuchu wulkanu Pinatubo. Wspomina, chaotycznie, daje się pochłonąć widmom i zjawom. Zło, którego doświadczyła i które sama wyrządziła, wsysa ją i nie zostawia jej nic - nawet małej cząstki dobroci. Jest wszechogarniające, jak kosmiczna czarna dziura. Cecylia może powiedzieć - piekło jest tu,przy mnie, ze mną, we mnie. I jeszcze "nie ma odkupienia, nie ma przebaczenia, nie ma nas, nie ma"... Dobro, miłość, wiara, nadzieja są w tej książce śmiesznie brzmiącymi słowami. Okazuje się, że jesteśmy zdolni do najgorszych zbrodni i występków, bezpiecznie trwamy w naszych ustalonych bytach i nawet nie podejrzewamy, jakie potworności nosimy w sobie. Wystarczy drobna iskra, żeby zapoczątkować reakcję łańcuchową. Czynimy zło i dajemy się mu porwać, bo tak jest łatwo i wygodnie. Szybko się do niego przyzwyczajamy i nie próbujemy się mu przeciwstawić.
Nie mogę znaleźć w tej powieści niczego optymistycznego. Może poza krótkimi chwilami spełnienia, które Cecylia przeżywa podczas seksu z Butterfieldem oraz radości z powodu urodzenia córki. "Droga do piekła" kojarzy mi się z cyklem obrazów Goi "Demony wojny" - są tak samo nasycone złem i pozbawione odrobiny światła.
Dlatego, jeśli jest ci ciężko, nie czytaj tej książki. Poczekaj na lepszy czas w swoim życiu. Może wtedy starczy ci odwagi, żeby pomyśleć, że tyle samo w nas dobra, ile zła...
czwartek, 27 sierpnia 2009
"Kwietniowa czarownica" Majgull Axelsson
Z czym kojarzy się wam Szwecja? Mnie przede wszystkim z książkami Astrid Lindgren, opisującymi beztroskie i sielankowe dzieciństwo spędzane w "pięknych okolicznościach przyrody", pod opieką wyrozumiałych i kochających rodziców. Może jeszcze z całkowicie odsłoniętymi przed światem oknami domów... Bardzo stereotypowe wyobrażenia. Nigdy nie byłam w tym kraju, nie znam żadnego przyjaznego Szweda, ani blondwłosej Szwedki. Jednak mimo wszystko, moje skojarzenia można było określić jako pozytywne i... trochę stereotypowe. Po przeczytaniu powieści Axelsson po raz kolejny doszłam do wniosku, że stereotypy zawężają nasze spojrzenie na świat... Szwecja, która wyłania się z tej książki to zimny kraj, ale nie ze względu na warunki klimatyczne, tylko z powodu ludzi, którzy tu mieszkają. Każdy zajęty sobą, zamknięty w kręgu własnych spraw i problemów...Ta gruba powieść przypomina trochę patchwork - zszytą ze skrawków i kawałków wspomnień narzutę. Niestety nie są to dobre wspomnienia, dlatego narzuta ma ciemne, prawie przygniatające kolory, miejscami jest czarna, strzępi się i ma dziury. Pod tą kołderką nie można się ani schować, ani ogrzać. Swoją przeszłość porządkuje główna bohaterka i narratorka książki Desiree. Mimo, że była upragnionym i wyczekiwanym dzieckiem została odrzucona przez swoją matkę, ponieważ urodziła się niepełnosprawna fizycznie. Jej dzieciństwo i dorosłe życie to ciągła wędrówka po szpitalach, operacje, które mają rzekomo poprawić jej stan oraz eksperymenty, które przeprowadzają na niej niedouczeni lekarze. Odrzucenie i cierpienie towarzyszą jej przez cały czas. W niepełnosprawnym "kadłubie" kryje się jednak tak wiele, że Desiree mogłaby swoją duszą obdzielić kilka osób. Jest o niebo wrażliwsza i mądrzejsza, niż otaczający ją ludzie. Posiada niezwykłą moc - potrafi wcielać się w zwierzęta i ludzi, przejmować kontrolę nad ich ciałami i kierować nimi zgodnie ze swoją wolą. Dzięki tym niezwykłym umiejętnościom może odnaleźć swoje trzy przybrane siostry, zmusić je do konfrontacji z przeszłością i równocześnie sama odpowiedzieć sobie na pytanie: Dlaczego?
Powieść ta może przekonać, przynajmniej niektórych, że cierpienie może stać się początkiem czegoś dobrego, skończyć się pogodzeniem ze sobą i ze światem. Nie każdy ból musi nieść pragnienie zemsty i odwetu. Jest jeszcze jedna ważna myśl, którą znalazłam w "Kwietniowej czarownicy" - nikt nie dał nam prawa oceniania innych i wyborów, których dokonują. Zanim osądzisz i zaszufladkujesz, zadaj sobie pytanie: A co ja bym zrobiła?
Subskrybuj:
Posty (Atom)