Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2009

Walk the Line

Brak wiedzy na jakiś temat nie jest zapewne powodem do zmartwienia, ani wstydu. Zawsze można się wytłumaczyć, że to przecież nie moja działka, nie muszę znać się na wszystkim. Wystarczy, że jestem dobra w jakimś wycinku obejmującym mały fragment rzeczywistości. Wstydzę się jednak swojej ignorancji, ponieważ niektórzy uważają mnie za osobę "z intelektem ostrym jak brzytwa". Jednak ten "wyostrzony intelekt" dowiedział się o Johnnym Cashu jakieś trzy miesiące temu, mimo przebywania na tym świecie od trzydziestu paru lat. Jestem skruszona i biję się w piersi. Taka mała lekcja skromności...
Ale wracając do tego pierwszego razu... Tak, można to nazwać lekkim trzęsieniem ziemi. Spowodowanym piosenką Casha "Hurt". Nie wiedziałam, kim jest wykonawca, nie do końca rozumiałam słowa. Tylko, że... tego nie trzeba rozumieć. Wystarczy słuchać, zrozumienie przychodzi samo. Starczy, zdarty głos - ktoś zmęczony życiem szuka od niego ucieczki. Jednocześnie jest świadomy, że nigdzie nie ma drzwi z napisem "Wyjście". Istnieje tylko bramka z napisem "Śmierć". Szczerość tej muzyki rozjeżdża człowieka jak wielka ciężarówka i wywołuje emocje, nad którymi trudno zapanować. Ci, którzy przechodzą obok niej obojętnie, musieli w poprzednim wcieleniu egzystować na poziomie pantofelka lub eugleny.
Podobnie podziałał na mnie film "Walk the Line". Można obrazowo napisać, że tym razem nie była to ciężarówka, tylko czołg.
Kolejny biograficzny film, o kolejnym sławnym i bogatym tego świata. Nudny i zbyt długi. Pewnie tak podsumują ten film pantofelki i eugleny, jeśli jakimś cudem go obejrzą.
Dla mnie jest to przede wszystkim historia o tym, że wszyscy możemy stać się kimś. Pasje, które mamy mogą stać się życiowym celem. Mogą nas zbawić, ale też doprowadzić do całkowitego zatracenia. Granica między jednym, a drugim jest bardzo cienka, szukanie równowagi przypomina balansowanie na linie umieszczonej wysoko nad ziemią. Johnny Cash potknął się na niej, stracił równowagę i prawie spadł w przepaść narkotyków i sławy. Tylko, że w ostatniej chwili ktoś podał mu rękę i pomógł stanąć na nogi. June, bo tak nazywała się ta kobieta, stała się jego drugą połową, asekuracyjną liną trzymającą go przy życiu. Trąci banałem? Niestety, nasz świat wyświechtał i przenicował wszystkie wartości - miłość, poświęcenie, pasję. Jednak po obejrzeniu tego filmu można poczuć, że nadają one sens naszej egzystencji. Dzięki nim nie jesteśmy jedynie drobnym i przypadkowym kosmicznym odpryskiem.
"Walk the Line" to film o muzyce i uczuciach, które ratują nas przed śmiertelnym upadkiem. Polecam go szczególnie tym, którzy kryją swe emocje pod pancerzykiem ironii, krytykanctwa i zblazowania.

niedziela, 13 września 2009

Droga do szczęścia

Codzienność może być piękna, tak twierdzą niektórzy. Podobno w powtarzanym wciąż na nowo cyklu czynności można znaleźć zadowolenie, a nawet więcej - sens życia. Można ćwiczyć "uważność", czyli skupiać się na prasowaniu, gotowaniu, myciu podłogi; być tylko tu i teraz i nie pozwalać swoim myślom na swobodne szybowanie nie wiadomo dokąd. Podobno... Cierpliwie ćwiczę się w owej "uważności", niestety ostatnio z miernym skutkiem. Nie umiem poradzić sobie z poczuciem, że rosną dookoła mnie ściany, których nie jestem w stanie przeskoczyć; ściany bez okien i drzwi. Za wszelką cenę próbuję znaleźć jakiś cudowny sposób na wydostanie się z tej pułapki, ale "wielki architekt świata" pilnuje, żeby mi się nie udało. Patrzy z góry i ironicznie się uśmiecha widząc nieporadne ruchy robaczka. Codzienność buduje dookoła mnie mur, przewraca mnie na grzbiet i każe nieporadnie machać łapkami...
Czuję się tak, jak bohaterka filmu o przewrotnym tytule "Droga do szczęścia". Złapana w potrzask codzienności, otoczona ludźmi, którzy gdaczą i popiskują, zagłuszają siebie i innych.
Oglądając ten film można ulec pozorom i uwierzyć, że jest to przede wszystkim kolejna historia nieszczęśliwej miłości. On i ona poznają się i zakochują od pierwszego wejrzenia. Mają poczucie, że są wyjątkowi, inni niż reszta świata. Szybko pobierają się, dorabiają się domu i dzieci. I... dają się pożreć codzienności. Kawałeczek po kawałeczku, kęsek za kęskiem oddają jej siebie i swoje marzenia. On potrafi się z tym pogodzić, jest nawet zadowolony. Ona szamoce się i stawia opór, próbuje przed nią uciec. Dlatego proponuje wyjazd na stałe do Paryża. Naiwnie sądzi, że zmiana miejsca i rodzinnego układu może stać się ich drogą do szczęścia. Niestety "żyli długo i szczęśliwie" nie następuje. Ona po raz kolejny zachodzi w ciążę, on dostaje nową lepiej płatną pracę. Marzenia o wyrwaniu się z potrzasku, bunt przeciwko rzeczywistości kończą się tragicznie...
Szczęście to podobno stan umysłu, niezależny od zewnętrznych czynników. Tylko, kto może odpowiedzieć mi na pytanie: Jak osiągnąć ten stan? Jak uniezależnić się od skrzeczącej głośno rzeczywistości? Czy jest to w ogóle możliwe?

wtorek, 21 lipca 2009

Australia

Zareklamowano mi ten film jako bardzo romantyczną historię miłosną. Melodramat przez duże M, oczywiście z happy endem. I cóż muszę powiedzieć, że miło się rozczarowałam... Ponieważ "Australia" to rzeczywiście historia pewnej miłości - wyniosłej arystokratki, która jest zmuszona do bardzo szybkiego zweryfikowania swoich poglądów na życie i świat oraz skrajnie od niej różnego poganiacza bydła. Ale dla mnie ta historia jest zbyt oczywista, ponieważ od pierwszego spotkania bohaterów wiadomo, że przypadli sobie do gustu, choć pozornie się nie znoszą. Wiadomo również, że prędzej czy później ogarnie ich "miłosny żar". I tyle - już na samym początku wiemy, jakie będzie zakończenie. Klasyczny schemat - nie lubimy się, ale w gruncie rzeczy szalejemy za sobą. Dobrze, że Sara, w odróżnieniu od innej romantycznej bohaterki nie puentuje odkrywczo: "Pomyślę o tym jutro..."
Dla mnie ten film to przede wszystkim próba wyrażenia zachwytu nad pięknem kawałka naszej planety, którego nie zdołał zdeptać biały człowiek. Ten fragment Ziemi jest w filmie tak wspaniale dziki i pusty, poddaje się tylko biegowi pór roku, a jego rdzenni mieszkańcy wcale nie chcą go zmieniać, ani czynić sobie poddanym. To "biały barbarzyńca" wdziera się wszędzie, chce kontrolować wszystkich i wszystko, narzucać swoją władzę ludziom i przyrodzie. Kolonizować i zniewalać. I nie uznaje żadnych granic... Skąd w nas takie skłonności? Czemu musimy zawsze mieć wszystko pod kontrolą? Dlaczego tak boimy się tego, co inne?
Po obejrzeniu "Australii" można również zadać sobie pytanie: Kto jest bardziej czarny? Czy strzegący swej ziemi Aborygeni czy odziani w czarne sukienki półmężczyźni, odbierający w imię Boże dzieci matkom? I kto ma ciemniejszą duszę - prymitywny tubylec czy oświecony ksiądz?
Zupełnie inna sprawa to gra aktorska, poprawna, ale nie porywająca. Nicole Kidman stosuje w tym filmie wszystkie chwyty i sztuczki wypróbowane w "Moulin Rouge"i do tego wygląda jak chodząca reklama amerykańskiej chirurgii kosmetycznej. Ale będę sprawiedliwa - dobrze pokazuje metamorfozę bohaterki ze sztywnej pańci w pewną siebie kobietę. Za to Hugh Jackman... Ale to już temat na inny wpis...

sobota, 30 maja 2009

Happy Go Lucky

Moje pierwsze wrażenie po tym filmie to poczucie przeładowania go brzydotą. Może to trochę za mocne określenie, może wystarczy po prostu - przeciętność. Główna bohaterka nie jest specjalnie piękna, nie jest nawet trochę atrakcyjna. Moim zdaniem przypomina małpkę kapucynkę skaczącą to tu to tam. Brzydcy są również inni bohaterowie - instruktor nauki jazdy, koleżanki Poppy. Brzydkie mieszkanie, nieładne ulice, nieszczęśliwi ludzie. Zrobiło się gorzko... A mimo to nie wyłączyłam tv, choć to długi film. Dlaczego? Bo spodobała mi się ta małpka kapucynka, która jest może niespecjalnie inteligentna, ale tyle w niej szczerości i otwartości. Ona jest z tych, którzy pierwsi zaczynają rozmowę, ściągają z ulicy przejechanego kota czy psa, wysłuchują innych i nie wymagają, żeby ich wysłuchiwano, a na ulicy patrzą obcym ludziom prosto w oczy. Za to ją podziwiam. Sama taka nie jestem. Brakuje mi tego wewnętrznego przekonania, że ludzie i świat ptrafią być dobrzy. Nie umiem tak jak Poppy doszukać sie u każdego odrobiny czegoś pozytywnego. W tym filmie dzięki głównej bohaterce nawet weekendowe"szlajanie się " się po klubach staje się czymś pozytywnym. Codzienność, kierat praca - dom nie jest pułapką. Ma sens, a wszystko dzięki Poppy, która potrafi się skupić całą sobą na tym, co w danym momencie wykonuje i czerpać z tego przyjemność. Ten film skojarzył mi się z "Amelią", ale jest zdecydowanie lepszy, bardziej realistyczny, a mimo to niezwykły. Tak, to opowieść o niezwykłej codzienności. Zirytowało mnie tylko jedno. Rozumiem, że potrzebujemy miłości, szukamy kogoś do pary. Ale po co robić to tak desperacko?

wtorek, 21 kwietnia 2009

Niewierna

Gdybym była mężczyzną moim absolutnym ideałem kobiecości byłaby Diane Lane. Ta aktorka jest dla mnie kwintesencją kobiecości, zwłaszcza po obejrzeniu filmu "Niewierna". Bóg stwarzając ją musiał doznać niesamowitego olśnienia twórczego, bo to dzieło jest naprawdę dobre. Cały czas zadaję sobie pytanie, czy ona jest tak naprawdę piękna. W niektórych scenach filmu jej uroda jest obezwładniająca, w niektórych momentach wręcz karykaturalnie brzydka. Ale w każdym momencie na jej twarzy widać określone emocje: złość, strach, radość, znużenie, zazdrość... Ta twarz nigdy nie jest nijaka. Dla niektórych jest pewnie zbyt emocjonalna, może naturszczykowata, ale mnie porusza do głębi. Szczególnie w tej historii. A historia jest krótka i prosta. Znudzona żona, zapracowany mąż i ten trzeci spotkany przez przypadek. A potem amok... Kiedy nie liczy się już nic, ani rodzina, ani wewnętrzne zasady, tylko kochanek, a główna bohaterka spada coraz głębiej. Ktoś bardzo zdrowo myślący może sobie zadać pytanie: Dlaczego ona to zrobiła? Miała przecież wszystko pieniadze, przystojnego męża, udane dziecko i piękny dom z ogrodem. Nawet udany seks. Wszystko, co w naszym kręgu kulturowym oznacza tak zwane szczęście. Czemu więc poświęciła to , w zamian za trochę namiętności? Moim zdaniem była po prostu samotna. Nie sama, ale właśnie samotna, osamotniona. Znudzona życiem, które prowadziła. Kolejnymi identycznymi dniami, przerażona upływający czasem, który zaczynał już odciskać na niej swój ślad. Nie miała żadnej namiętności, pasji, dzięki której mogłaby mieć poczucie, że spełnia się w życiu. Dlatego wykorzystała pierwszą okazję, nie myśląc o konsekwencjach. Na co liczyła? Na miłość? Może na zapomnienie i dowartościowanie?
Po obejrzeniu "Niewiernej" zastanawiam się, jaki wiek jest dla kobiety pierwszym przełomowym momentem. Tym, w którym zauważamy, że czas jednak mija, że z każdym dniem zbliżamy się ku nieodwracalnemu, ku starości i śmierci. Kiedy nadchodzi pierwszy kryzys? Po czterdziestce, czy może wcześniej? Jak sobie z nim poradzić?