
Susan i Matthew Rawlings stanowili pozornie szczęśliwe małżeństwo. Sami tak o sobie myśleli i taką opinię narzucali swoim znajomym i przyjaciołom. Ich życiem rządziły rozsadek i roztropność. Nie ulegali zbędnym emocjom, nie unosili się gniewem, ani rozpaczą, nie wykrzykiwali sobie w twarz oskarżeń, nie wyładowywali na sobie zbędnych emocji. Ich życie było jak sprawny, punktualny zegarek, który zawsze wskazuje dokładny czas... Idealne stadło małżeńskie. A jednak czegoś w tym wszystkim zabrakło. Jak napisała autorka "nie dało się uniknąć pewnej monotonii" oraz " życie ich było jak wąż zjadający swój ogon". Szarość codzienności, powtarzalność, przyporządkowanie do końca życia - oto jestem matką, panią domu i... Nic poza tym? Gdzie w tych rolach jestem ja? Czy w ogóle jeszcze jestem? Czy rozpłynęłam się w codziennej bieganinie i stałam się listą obowiązków i powinności? Myślę, że takie pytania zadawała sobie Susan. Od początku zgadzała się na wszystko, co zaproponował jej mąż. Zrezygnowała z pracy, zajęła się domem i wychowywaniem dzieci. Każdą decyzję i postępek swojego męża potrafiła sobie logicznie wytłumaczyć, zrozumieć, a nawet usprawiedliwić. Tylko jak długo tak można? Nie jesteśmy w stanie żyć normalnie nie okazując emocji, tych dobrych i tych złych. Susan "pękła", jak przekłuty balon. Uszło z niej całe powietrze, a z nim chęć do życia. Chciała uciec od swego wspaniałego męża, udanych dzieci i pięknego domu. Szukała odrobiny spokoju, chciała zerwać niewidzialną smycz. Udało jej się czy nie? Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie.